Rachunek sumienia

5/19/2018

Sprawdziłam. To działo się ponad rok temu. W książkowym światku stawiałyśmy niepewnie pierwsze kroki. Jak to bywa na początku, cieszyłyśmy się z małych rzeczy - możliwość czytania książek przed ich premierą była dla nas ogromnym wyróżnieniem. Dlatego, kiedy pewnego dnia, otwierając skrzynkę mailową, zobaczyłyśmy propozycję zostania ambasadorkami pewnej powieści, skakałyśmy wysoko pod sufit. Ambasador książki to ktoś, kto poleca dany tytuł w sieci i ma swoje miejsce z tyłu okładki w postaci loga. Brzmi fajnie, nie? Wizja tego, że nasze logo znajdzie się na okładce była czymś niesamowitym - serio! Pamiątka na całe życie, niezbity dowód na to, że ktoś docenia to, co robimy. Szybko jednak okazało się, że żadna z tych rzeczy nie stanie się rzeczywistością - nie będzie okładek, konkursów, grafik ani całego tego splendoru.

O naszym patronacie

Jak wspomniałam, otrzymując propozycję patronatu nad książką, byłyśmy bardzo dumne. Na szczęście w tej całej euforii zachowałyśmy zdrowy rozsądek. Grzecznie poprosiłyśmy o to, aby wydawnictwo wysłało nam wersję przedpremierową - wiedziałyśmy, że nie będziemy brać niczego w ciemno. Bo jak niby pisać wszystkim, że powieść jest super, nie mając jej wcześniej w rękach? Książka przyszła bardzo szybko, a my przystąpiłyśmy do lektury - z wypiekami na twarzy i wielkimi oczekiwaniami. Wiecie co się stało? Czar prysł. Natychmiast. Okazało się, że opowiedziana historia w ogóle nam nie odpowiada. Ba, dla mnie to była chyba jedna z gorszych książek, jakie w ogóle przyszło mi czytać. Ilona miała podobne zdanie co do tego tytułu. Cóż za ironia losu. Nie pozostało nam więc nic innego, jak odmówić współpracy i pożegnać się z tym wszystkim, co miałyśmy na wyciągnięcie ręki. Wiadomo, byłyśmy nieco rozczarowane, ale miałyśmy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Postanowiłam śledzić losy tej książki, czytałam recenzje i chciałam dowiedzieć się, co myślą na jej temat inni. Czy to może ja jestem aż nadto surowa? Próbując dowiedzieć się tego wszystkiego odkryłam coś, czego nie mogłam pojąć.

Historia z życia wzięta

Pewna blogerka dodała na swój profil zdjęcie książki, o której piszę. Powiem tylko, że wspomniana dziewczyna była ambasadorką tej powieści. Zapytałam więc delikatnie, co sądzi na temat tego tytułu, bo ja uważam, że to totalna klapa, pod każdym względem. Przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy napisała, że jeszcze jej nie czytała. Serio? Ktoś bez przeczytania książki twierdzi, że jest ona godna uwagi? No bo rekomendując coś swoim logiem, dla odbiorcy jest to jasny komunikat - uważasz, że to fajna rzecz. Co w sytuacji, kiedy lektura będzie słaba? Jestem prawie pewna, że osoba, która objęła dany tytuł patronatem, nie powie tego głośno, bo jakby to wyglądało? Pal licho, jeśli powieść okaże się naprawdę interesująca i na poziomie. Wtedy można odetchnąć z ulgą i uznać, że mieliśmy szczęście. Istnieje jednak duża szansa na to, że książka, którą czytamy, nie jest dobra i nie polecilibyśmy jej nikomu... a musimy to robić, bo nasze logo jest na okładce i już zdążyliśmy wykrzyczeć całemu światu, że trafił nam się patronat. Tak dzieje się nie tylko w książkowym światku. Smutne.

Człowieku, bądź rozsądny

Bycie autentycznym w Internecie to trudne zadanie. Często chcemy nieco ubarwić naszą szarą rzeczywistość i pokazać się z lepszej strony. Wpadamy w dziki szał, kiedy firmy proponują nam jakieś produkty za darmo. Chcemy mieć te rzeczy, choć szybko okazuje się, że to wcale szczęścia nie daje, że połowa z tych wszystkich klamotów ląduje w szafie i nie ma dla nas żadnego znaczenia. Chcemy być kimś. Po czasie jednak przychodzi chwila refleksji i człowiek zdaje sobie sprawę, że ten cały blichtr to tylko iluzja. Dlatego też tak ważne jest to, aby sensownie dobierać współprace, zachować zdrowy rozsądek i przede wszystkim zadać sobie pytanie, czy dana rzecz rzeczywiście jest godna uwagi. Opowiedziana przeze mnie historia jest tylko czubkiem góry lodowej. Po co o tym mówię? Po to, żeby każdy twórca zrobił sobie rachunek sumienia, a osoby rozpoczynające swoją działalność w sieci nie popełniały tych samych błędów. Wreszcie po to, żeby ci z Was, którzy biernie przyglądają się temu, co dzieje się w Internecie, mieli świadomość, jak łatwo można zmanipulować odbiorców i wcisnąć im to, co kompletnie pozbawione jest wartości. 

Ewelina
Obsługiwane przez usługę Blogger.